PRZECZYTAJ FRAGMENT książki „Olive powraca” Elizabeth Strout

Spóźniali się.

Olive Kitteridge nie znosiła ludzi, którzy się spóźniają. Tuż po porze lunchu, tak powiedzieli, i Olive przygotowała coś w rodzaju lunchu: masło orzechowe z galaretką dla dwójki starszych dzieci i kanapki z tuńczykiem dla syna i jego żony Ann. Jeśli chodzi o maluchy, nie miała pojęcia, co im dać. Sześciotygodniowe niemowlę na pewno nie przyjmowało jeszcze stałych pokarmów, a Mały Henry miał ponad dwa lata, ale co jedzą dwulatki? Olive nie pamiętała, co Christopher jadał w tym wieku. Weszła do salonu, spoglądając na wszystko oczami syna – będzie musiał to sobie uświadomić, gdy tylko tu wkroczy. Zadzwonił telefon i Olive szybko wróciła do kuchni, żeby odebrać.

– Cześć, mamo – odezwał się Christopher. –Właśnie wyjeżdżamy z Portland, musieliśmy się zatrzymać na lunch.

– Na lunch? – powtórzyła Olive.

Była druga po południu. Słońce w końcu kwietnia świeciło blado, widoczne przez okno wychodzące na zatokę, która połyskiwała stalowym odblaskiem, dzisiaj bez grzywiastych fal.

– Musieliśmy kupić dzieciom coś do jedzenia. Więc wkrótce będziemy u ciebie.

Z Portland jechało się godzinę.

– No dobrze. Czy będziecie chcieli zjeść kolację?

– Kolację? – spytał Christopher takim tonem, jakby im zaproponowała przejażdżkę wahadłowcem na księżyc. – Jasne, chyba tak. – W tle Olive usłyszała krzyk. Christopher powiedział: – Annabelle, cicho bądź! Natychmiast przestań. Annabelle, liczę do trzech… Mamo, później do ciebie zadzwonię. – I się rozłączył.

– O, na litość – mruknęła Olive, siadając przy kuchennym stole.

Nie zdjęła jeszcze obrazków ze ściany, lecz i tak to miejsce wyglądało dziwnie odmienione, jakby zamierzała – co w istocie miało nastąpić – niebawem się stąd wyprowadzić. Nie uważała się za osobę, która gromadzi bibeloty, ale w kącie kuchni stało pudło z różnymi rzeczami, a gdy spojrzała do salonu z miejsca, w którym usiadła, pokój ten wydał jej się jeszcze bardziej przepełniony poczuciem winy: były tam tylko meble i dwa obrazy na ścianie. Książki zniknęły – tydzień wcześniej podarowała je bibliotece – a lampy, z wyjątkiem jednej, zostały już zapakowane do pudła.

Ponownie zadzwonił telefon.

– Przykro mi, że tak wyszło – powiedział jej syn.

– Czy możesz jednocześnie rozmawiać przez komórkę i prowadzić? – zapytała Olive.

– Ja nie prowadzę. Ann prowadzi. W każdym razie będziemy, jak dojedziemy.

– No to w porządku – odparła. I dodała: – Ogromnie się cieszę, że cię zobaczę.

– Ja też – odrzekł jej syn.

Ja też.

Odłożywszy słuchawkę, przespacerowała się po domu i przeszył ją dreszcz niepokoju. „Wszystko robisz źle – przemówiła cicho do siebie. – Na litość boską, Olive”. Nie widziała syna od prawie trzech lat. To nie wydawało się naturalne ani właściwe. A jednak, kiedy wybrała się w odwiedziny do niego, do Nowego Jorku – gdy Ann była w ciąży z Małym Henrym, na długo przed narodzinami tego drugiego dziecka, Natalie, teraz niemowlęcia – wizyta okazała się tak nieudana, że syn właściwie poprosił, by wyjechała. Co też uczyniła. I od tamtego czasu widziała go tylko raz, wkrótce potem, gdy przyleciał do Maine na pogrzeb ojca i przemawiał w pełnym kościele, a łzy spływały mu po policzkach. „Nigdy nie słyszałem, żeby mój ojciec przeklinał”, tak brzmiało jedno ze zdań, które jej syn wygłosił owego dnia.

Olive zajrzała do łazienki i upewniła się, że są tam czyste ręczniki. Wiedziała, że wiszą, lecz nie mogła się powstrzymać, by ponownie tego nie sprawdzić. Mówili, żeby nie martwiła się brakiem dziecięcego łóżeczka, ale i tak się martwiła. Mały Henry miał dwa i pół roku, a Natalie półtora miesiąca, jakże mogliby obejść się bez łóżeczka? No cóż, uznała, że zważywszy na ich styl życia w Nowym Jorku – Boże, ależ tam panował bałagan – wystarczy im byle co. Annabelle miała już prawie cztery lata, Theodore sześć. Co sześcioletni chłopiec lubi robić? I dlaczego mieli aż tyle dzieci? Ann miała Theodore’a z jednym mężczyzną, Annabelle z drugim, a teraz wystrzeliła następną dwójkę z Christopherem. O co tu chodziło, na Boga? Christopher nie był już młodzieniaszkiem.

 

Szczerze mówiąc, gdy Olive zobaczyła go wysiadającego z samochodu, nie mogła uwierzyć – nie mogła! – że w jego włosach widać siwiznę. Christopher! Ruszyła ku niemu, lecz on otwierał właśnie drzwi samochodu, z którego wybiegły dzieciaki. „Cześć, mamo”. Kiwnął głową. Pojawiła się ciemnowłosa dziewczynka, ubrana w falbaniastą nylonową sukienkę oraz sięgające do kolan gumiaki, niebieskie jak jajka drozda, i odwróciła się natychmiast, a także jasnowłosy chłopczyk, starszy, który popatrzył na Olive rozszerzonymi oczami. Tymczasem Ann powoli wyjmowała z auta niemowlę. Olive podeszła do Christophera, swojego syna, otoczyła go ramionami i poczuła skrępowanie, jakie okazuje w takich chwilach ciało starszego mężczyzny. Odsunęła się o krok i on również, a potem sięgnął do samochodu i pochylił się nad dzieckiem zamkniętym w urządzeniu, które wyglądało jak miniaturowe siedzenie pilota dla dziecka wybierającego się w kosmos. Wydobył dziecko i zwrócił się do matki:

– To jest Henry.

Dzieciak popatrzył na Olive wielkimi zaspanymi oczami, a gdy został postawiony na ziemi, złapał się ojcowskiej nogi.

– Cześć, Henry – powiedziała Olive, na co oczy dziecka wywróciły się lekko i wtulił twarz w nogawkę ojca. – Czy z nim wszystko w porządku? – spytała z naciskiem Olive, ponieważ sam jego widok, ciemnowłosego jak matka, ciemnookiego na dodatek, kazał jej natychmiast pomyśleć: to nie jest Henry Kitteridge!

Co ona sobie wyobrażała? Wyobrażała sobie że zobaczy męża w tym małym chłopczyku – lecz zobaczyła kogoś obcego.

– On dopiero się budzi. – Christopher wziął małego na ręce.

– No to wejdźcie, wejdźcie – zaprosiła ich Olive, uświadamiając sobie, że nie odezwała się jeszcze do Ann, która cierpliwie tuliła dziecko. – Witaj, Ann. – powiedziała.

– Witaj, Olive – odrzekła Ann.

– Twoje buty są tak niebieskie, jak twój kapelusik – zwróciła się Olive do dziewczynki, a mała zrobiła zdziwioną minę i przysunęła się do matki. – To takie powiedzonko – wyjaśniła Olive; dziecko nie miało kapelusika.

– Kupiliśmy te buty na podróż do Maine – oświadczyła Ann, co wprawiło Olive w zakłopotanie.

– No cóż, zdejmij je przed wejściem do domu – poleciła małej.

W Nowym Jorku Ann zapytała, czy mogłaby mówić do Olive „mamo”. Teraz nie wykonała żadnego ruchu w jej stronę, więc Olive również nie podeszła do Ann, tylko odwróciła się i wmaszerowała do domu.

Mieli u niej spędzić trzy noce.

W kuchni Olive uważnie przyjrzała się synowi. Jego twarz w pierwszej chwili wydawała się otwarta, zadowolona, gdy rozglądał się dokoła.

– Jezu, mamo, naprawdę tu posprzątałaś. Ho, ho. – I nagle dostrzegła cień. – Zaraz, chwileczkę, czy ty pozbyłaś się wszystkich rzeczy taty? O co tu chodzi?

– Oczywiście, że nie… No tak, części jego rzeczy. Upłynęło już trochę czasu, Chris.

Spojrzał na nią.

– Co?

Powtórzyła, co powiedziała wcześniej, ale jednocześnie się odwróciła.

– Theodore, chcesz się napić wody? – spytała.

Chłopczyk wytrzeszczył na nią oczy. Potem lekko pokręcił głową i podszedł do matki, która trzymając niemowlę, wydobywała się z obszernego czarnego swetra. Olive zauważyła, że jej pokaźny brzuch napina elastyczne czarne spodnie, choć jej ramiona w białej nylonowej bluzce wydawały się chude.

Ann usiadła przy kuchennym stole.

– Ja poproszę o szklankę wody, Olive – odezwała się.

Olive odwróciła się, by podać jej wodę, i wtedy ujrzała pierś sterczącą na widoku, tam w kuchni, z dużym ciemnym sutkiem, i na ten widok trochę ją zemdliło. Ann przytuliła niemowlę i Olive zobaczyła, jak maleństwo, z zamkniętymi oczami, chwyta sutek. Synowa uśmiechnęła się, lecz Olive pomyślała, że nie jest to szczery uśmiech.

– Uff – rzuciła Ann.

Christopher nie wspominał już o rzeczach ojca i Olive uznała to za dobry znak.

– Christopherze – powiedziała – czuj się jak u siebie w domu.

Na jego twarzy pojawiła się mina, która dała jej do zrozumienia, że nie jest to już jego dom – to właśnie Olive, jak jej się wydało, dostrzegła w jego twarzy – ale usiadł przy kuchennym stole, wyciągając swoje długie nogi.

– Czego sobie życzysz? – zapytała.

– Jak to: czego sobie życzę? – Christopher spojrzał na zegar, potem znowu na nią.

– Chciałam spytać, czy tobie też podać szklankę wody.

– Wolałbym drinka.

– Jakiego drinka?

– Drinkowego drinka, ale nie przypuszczam, żeby znalazło się u ciebie coś takiego.

– Znajdzie się – odrzekła Olive. Otworzyła lodówkę. – Mam białe wino. Napijesz się białego wina?

– Masz wino? Tak, bardzo chętnie się napiję, dziękuję, mamo. – Wstał. – Zaczekaj, ja przyniosę. – Wyjął butelkę, pełną do połowy, i nalał sobie wina do szklanki, jakby to była lemoniada. – Dzięki. – Uniósł szklankę i napił się. – Kiedy zaczęłaś pić wino?

– Och… – Olive powstrzymała się przed wymówieniem imienia Jacka. – Po prostu lubię czasem wypić kieliszek, to wszystko.

Uśmiech Christophera wyglądał szyderczo.

– Nieprawda, mamo. Przyznaj się, kiedy zaczęłaś pić wino? – Usiadł z powrotem przy stole.

– Czasami zapraszam znajomych i oni je piją. – Olive musiała się odwrócić; otworzyła kredens i wyjęła pudełko słonych krakersów. – Chcesz krakersa? Mam nawet jakiś ser.

– Zapraszasz znajomych? – Wydawało się jednak, że Christopher nie oczekuje odpowiedzi, siedząc już przy stole obok żony, która wreszcie wsunęła pierś pod bluzkę. Zjadł cały ser i większość krakersów, a Ann pociągnęła łyk jego wina, które dopił szybko. – Można jeszcze? – Przysunął szklankę.

Olive, choć uważała, że wypił już dość, odrzekła:

– No dobrze. – Podała mu butelkę, a on wlał sobie do szklanki resztę wina.

Musiała usiąść. Uświadomiła sobie, że przy stole są tylko dwa krzesła – dlaczego wcześniej tego nie zauważyła?

– Chodźmy do salonu – zaproponowała, ale oni się nie ruszyli, więc stanęła przy blacie, czując, że nogi jej drżą. – Opowiedz mi o podróży.

– Była długa – odparł Christopher z pełnymi ustami.

– Długa – powtórzyła Ann.

Żadne z dzieci Ann nie odezwało się ani słowem do Olive. Ani „dziękuję”, ani „proszę”, nic, ani słowa. Obserwowały ją czujnie, a potem się odwróciły. Pomyślała, że to okropne dzieciaki.

– Tu macie kanapki z masłem orzechowym i galaretką – oznajmiła, wskazując blat, a one wciąż milczały. – No dobrze, w porządku, niech wam będzie – skwitowała.

 

Ale Mały Henry był słodki na swój sposób. W salonie – do którego w końcu przeszli, ponieważ Olive znowu rzuciła: „Chodźmy do salonu” – przydreptał do niej, wyjął mokrą rączkę z buzi i położył na nodze Olive siedzącej na sofie, a potem kilka razy stuknął ją w kolano, na co powiedziała: „Witaj, Henry!”. Dziecko odpowiedziało: „Cześć”. „Witaj!”, powtórzyła, a mały powtórzył swoje: „Cześć, cześć”. To było zabawne.

Gdy jednak zaproponowała – tylko dlatego, że sądziła, iż tego się od niej oczekuje – że potrzyma malutką Natalie, niemowlę zaczęło wrzeszczeć ile sił w płucach, ledwo znalazło się w ramionach Olive. Po prostu wrzeszczało wniebogłosy. „No dobrze, no to w porządku”, rzekła Olive i oddała dziecko matce, której uspokajanie go zajęło długą chwilę. Ann musiała w tym celu znowu obnażyć pierś, a Olive miała już naprawdę dość oglądania piersi synowej – ta pierś była taka naga! Pełna mleka i poznaczona żyłkami. Naprawdę, Olive wolałaby jej więcej nie oglądać.

– Zacznę szykować kolację – oznajmiła, wstając.

– Och, chyba nie jesteśmy jeszcze głodni – powiedział Christopher.

– Żaden problem! – odkrzyknęła Olive przez ramię.

W kuchni włączyła piekarnik i włożyła do niego potrawkę, którą przygotowała rano, z przegrzebkami i kwaśną śmietaną. A potem wróciła do salonu.

 

Spodziewała się chaosu. Nie spodziewała się milczenia dzieci, a nawet milczenia Ann, która była inna, niż Olive pamiętała. „Jestem zmęczona”, powiedziała w pewnej chwili, na co Olive odparła: „Domyślam się”. Więc może o to chodziło.

Christopher był bardziej rozmowny. Wyciągnięty na sofie w salonie, mówił o korkach, na które natrafił w Worcester, o Bożym Narodzeniu, o znajomych, o swojej pracy podiatry. Chciała wysłuchać wszystkiego. Ann przerwała mu jednak.

– Gdzie postawiłaś choinkę? – zwróciła się do Olive. – Przed oknem od frontu?

– Nie miałam choinki – odparła Olive. – Po co, na litość boską, miałabym stawiać tu choinkę?

Ann uniosła brwi.

– Z okazji Bożego Narodzenia?

Olive to się nie spodobało.

– Nie w tym domu – odpowiedziała.

 

Kiedy Ann zaprowadziła starsze dzieci do gabinetu, gdzie czekała już rozłożona sofa, jako łóżko, Olive usiadła z Christopherem i Małym Henrym, który majtał nogami na kolanach ojca.

– Uroczy dzieciak – powiedziała.

– Istotnie, nieprawdaż? – odrzekł Christopher.

Z gabinetu dobiegał cichy głos Ann i nieco wyższe – choć nie rozróżniała słów – głosiki dzieci. Olive wstała.

– Aha, Christopherze, zrobiłam na drutach szalik dla Małego Henry’ego – oznajmiła.

Weszła do gabinetu – dwoje starszych dzieci po prostu stało i obserwowało ją w milczeniu – wzięła jaskrawoczerwony szalik, który wydziergała, i zaniosła go Christopherowi.

– Hej, Henry, popatrz, co babcia zrobiła dla ciebie – powiedział, a chłopczyk włożył sobie kawałek szalika do buzi. – Głuptas. – Christopher delikatnie wyciągnął tkaninę z ust dziecka. – Masz go nosić, żeby ci było ciepło.

Mały zaklaskał, a Olive pomyślała, że to naprawdę zdumiewający chłopiec. W drzwiach pojawiła się Ann z dziećmi po bokach, przebranymi już w piżamy.

– Ehm, Olive? – Zacisnęła na chwilę usta, po czym spytała: – Masz coś dla innych dzieci?

Olive poczuła, jak wzbiera w niej nagła ciemność. Potrwało chwilę, zanim znowu mogła sobie zaufać, i wtedy odparła:

– Nie wiem, o co ci chodzi, Ann. Czy mówisz o prezentach gwiazdkowych? Posłałam dzieciom prezenty.

– Tak? – przeciągle rzekła Ann. – Ale to było, no wiesz, na Gwiazdkę.

– Cóż, nie odezwałaś się nawet słowem, więc może ich nie dostały.

– Nie, dostaliśmy je – powiedziała Ann. – Pamiętasz tę ciężarówkę? – zapytała Theodore’a.

Chłopiec wzruszył jednym ramieniem i odwrócił się. Ale wciąż tam stali, ta wredna matka i jej dwoje dzieci spłodzonych przez dwóch różnych mężczyzn, stali w drzwiach, jakby Olive miała nagle wydobyć skądś i wręczyć… co wręczyć? Naprawdę musiała ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć: „Chyba nie spodobała ci się ta ciężarówka”. Albo nie spytać dziewczynki: „A co z lalką? Pewnie też ci się nie spodobała?”. Siłą powstrzymała się przed wygłoszeniem zdania: „Za moich czasów dziękowaliśmy osobom, które przysyłały nam prezenty”. Naprawdę musiała się bardzo postarać, żeby tego nie powiedzieć, i nie powiedziała, a po kilku minutach Ann zwróciła się do dzieci:

– Chodźcie, już czas do łóżka. Dajcie tatusiowi całusa.

Podeszły do Christophera i ucałowały go, a potem przemaszerowały obok Olive i na tym się skończyło. Okropne, okropne dzieci i okropna matka. Ale Mały Henry nagle ześliznął się z kolan ojca i podszedł do Olive, ciągnąc nowy szalik po podłodze.

– Cześć – powiedział i uśmiechnął się do niej!

– Witaj – odrzekła. – Witaj, Mały Henry.

– Cześć, cześć – powtórzył. Wyciągnął ręce z szalikiem w stronę Olive. – Enkuję ci – dodał.

Cóż, był przecież Kitteridge’em. Z całą pewnością nim był.

– O, dziadek byłby z ciebie dumny – oznajmiła, a on uśmiechał się coraz szerzej, ukazując zęby błyszczące od śliny.

Tymczasem Christopher rozglądał się po pokoju.

– Mamo, ten dom wygląda zupełnie inaczej – zauważył.

– Dość dawno cię tu nie było – powiedziała Olive. – Wszystko się zmienia, twoja pamięć również.

 

Olive była szczęśliwa.

Jej syn rozmawiał z nią sam na sam. Mały Henry został położony do łóżka na piętrze, gdzie znalazła się również jego matka oraz maleńka siostrzyczka. Dwoje starszych dzieci leżało opatulonych na rozłożonej sofie w gabinecie. Światło stojącej w kącie lampy padało na jej syna. Niczego więcej nie pragnęła, tylko tego. Oczy Chrisa wydawały się czyste, jego twarz również. Siwe pasma w jego włosach wciąż ją zdumiewały, ale pomyślała, że dobrze wygląda. Dużo opowiadał o swojej praktyce podiatrycznej, o młodej kobiecie, która u niego pracowała, o ubezpieczeniu, które musiał opłacić, o ubezpieczeniu pacjentów, aż Olive przestała słuchać, o czym on mówi. Opowiedział o lokatorze, już nie tym z papugą skrzeczącą: „Chwalmy Pana”, ilekroć ktoś zaklął, lecz o młodym człowieku, który miał dziewczynę, a wkrótce zamierzali się pobrać. Mówił i mówił bez przerwy, ten jej syn. Olive była zmęczona, lecz tłumiła ziewanie. Zostałaby tu na wieczność, żeby słuchać. Mógłby recytować alfabet, a ona siedziałaby i słuchała.

Gdy wreszcie poszedł spać – „No to dobranoc, mamo”, rzucił, unosząc rękę – ona nadal siedziała w salonie, przy jednej zapalonej lampie, patrząc przez okno na wodę, która wydawała się czarna, i tylko nikłe czerwone światełko połyskiwało w oddali na Halfway Rock. Frontowy taras z drewnianymi krzesłami, które niedawno tam wyniosła, zdawał się czekać cicho i cierpliwie w mroku. Była to pierwsza noc od kilku miesięcy, kiedy nie rozmawiała z Jackiem, i brakowało jej tego, lecz on wydawał jej się teraz bardzo odległy. Wtem z gabinetu dobiegł przenikliwy krzyk: „Mamo!”. Serce Olive zaczęło bić szybko, wstała natychmiast i podeszła do drzwi gabinetu, w których stała Annabelle. Dziewczynka popatrzyła na nią, dała krok do tyłu i znowu krzyknęła: „Mamo!”.

– Przestań – powiedziała Olive. – Twoja matka jest bardzo zmęczona. Niech się wyśpi.

Dziewczynka zamknęła drzwi. Olive odczekała chwilę, a potem poszła na górę do sypialni. Nieco później jednak usłyszała jakieś dziecko – najprawdopodobniej Annabelle – na schodach. Usłyszała, jak dziewczynka wchodzi do pokoju rodziców, i pomyślała: na litość boską, co za smarkula. Dobiegł ją cichy, znużony głos Ann, ale usiadła już przy komputerze i przeczytała mail od Jacka: „Jak Ci IDZIE???? Tęsknię za Tobą, Olive. Proszę, napisz, kiedy będziesz mogła”.

Odpisała: „Ach, zbyt wiele do opowiadania. Też za Tobą tęsknię”.

Jakaś jej cząstka pomyślała: daj spokój, Jack, mam tu ręce pełne roboty i nie mogę równocześnie być z tobą! Czuła się tak, jakby w głowie brzęczało jej pięćset pszczół.

 

Olive długo nie mogła zasnąć tej nocy, wciąż powracając w myślach do rozmowy z Chrisem, jak roztrzepana nastolatka – och, tęskniła za nim! – a gdy się obudziła, dobiegły ją odgłosy z kuchni. Pospiesznie zerwała się z łóżka. Zawsze wstawała bardzo wcześnie i nie spodziewała się, żeby Ann i Christopher – oraz ich dzieci – obudzili się przed nią. Ale tak było. Kiedy zeszła, wszyscy znajdowali się w kuchni, już ubrani. Olive nie lubiła chodzić w szlafroku przy ludziach, których prawie nie znała.

– No, witajcie – powiedziała, zakładając ciaśniej poły szlafroka.

Nikt się nie odezwał. Starsze dzieci patrzyły na nią z jawną wrogością – wyczuwała to – i nawet Mały Henry siedział cicho na kolanach matki.

– Mamo, nie kupiłaś płatków Cheerios? – zapytał Christopher. – Mówiłem ci, że ich potrzebujemy.

– Mówiłeś? – Olive nie pamiętała, by syn o tym wspominał. – No cóż, jest owsianka.

Wydało jej się, że Christopher i Ann wymieniają spojrzenia.

– Pojadę do sklepu – powiedziała Ann. – Objaśnij tylko, jak tam dotrzeć.

– Nie – odezwał się Christopher. – Ja pojadę, ty zostań.

I wtedy – o Boże, w samą porę – Olive oświadczyła:

– Nie, to ja pojadę. Niech wszyscy tu zostaną.

Wróciła na górę, ubrała się, wzięła płaszcz i swoją dużą czarną torbę, po czym przemaszerowała przez kuchnię, najszybciej jak mogła, i pojechała do Cottle’s. Dzień był jasny i słoneczny. Nade wszystko pragnęła porozmawiać z Jackiem. Ale wychodząc, nie zabrała telefonu! A gdzie się podziały budki telefoniczne? Spieszyła się i była zdenerwowana, wiedząc, że dzieci czekają w domu na swoje płatki Cheerios. Jack, Jack! – zawołała w myślach. Pomóż mi, Jack, wzywała go. Co z tego, że kupił jej komórkę, skoro zapomniała ją zabrać? Wreszcie, gdy już wyjeżdżała z parkingu, mając przy sobie torbę z płatkami Cheerios, dostrzegła na tyłach automat telefoniczny, więc znowu się zatrzymała, podeszła szybko do budki i w pierwszej chwili nie mogła znaleźć ćwierćdolarówki, ale w końcu znalazła ją i wsunęła w otwór, lecz nie usłyszała sygnału. Ten cholerny telefon nie działał. Och, była wściekła.

Miała problem z powrotem do domu – naprawdę musiała się skupić. Cisnęła na stół w kuchni papierową torbę z płatkami Cheerios i powiedziała:

– Przepraszam was na chwilę.

Poszła na górę do swojego pokoju, gdzie napisała niemal drżącymi palcami maila do Jacka. „Pomóż mi, nie wiem, co robić”. Wtem uświadomiła sobie, że on nie może jej pomóc, nie może zadzwonić – uzgodnili, że nie będą rozmawiać przez telefon, dopóki Olive nie powie Chrisowi – więc wykasowała ten tekst i zamiast tego wystukała: „Wszystko w porządku, tylko tęsknię za Tobą. Czekaj i trzymaj się!”. Potem dodała: „Wkrótce napiszę więcej”.

W kuchni nadal panowała cisza.

– Co się dzieje? – Olive sama usłyszała gniewną nutę w swoim głosie.

– Zabrakło mleka, mamo. Była zaledwie odrobina. Dostała ją Annabelle, a Theodore musi zjeść płatki na sucho. – Christopher stał oparty o kuchenny blat, z nogami skrzyżowanymi w kostkach.

– Mówisz poważnie? – spytała Olive. – No to pojadę jeszcze raz…

– Nie, po prostu usiądź, mamo. – Wskazał ruchem głowy krzesło, które zajmował Theodore. – Wszystko w porządku. Theodore, ustąp miejsca babci.

Chłopiec ze spuszczonymi oczami zsunął się z krzesła i stanął obok.

Ann była odwrócona do niej plecami i Olive widziała na jednym jej kolanie Małego Henry’ego, a po drugiej stronie niemowlę.

– A co dla was? – zapytała. – Co mogę wam podać? Może tosty?

– Wszystko w porządku, mamo – powtórzył Christopher. – Ja zrobię tosty. Ty sobie posiedź.

Usiadła więc przy stole naprzeciw synowej, która odwróciła się i uśmiechnęła do niej sztucznie. Theodore przysunął się do matki i szepnął jej coś do ucha. Ann pogładziła go po ramieniu i odparła cicho:

– Wiem, skarbie. Ale ludzie różnie żyją.

– O co chodzi, Theodore? – spytał Christopher.

– Po prostu skomentował tę torbę z płatkami Cheerios – wyjaśniła Ann – i zdziwił się, dlaczego Olive nie używa toreb recyklingowych. – Spojrzała na Olive i wzruszyła ramionami. – W Nowym Jorku przetwarzamy śmieci. Chodzimy do sklepu z własnymi torbami.

– Czyżby? No, to bardzo ładnie. – Olive odwróciła się, otworzyła dolną szafkę i omal nie rzuciła na stół torby recyklingowej. – Gdyby nie ten pośpiech, wzięłabym ją.

– Och – rzekła Ann. – Popatrz, Theodore.

Ale chłopiec odsunął się od stołu i wyszedł z kuchni, ruszając do gabinetu. Ann podsunęła Małemu Henry’emu płatek Cheerio. Mały Henry wydawał się tego ranka w gorszym nastroju.

– Cześć, Mały Henry – powiedziała Olive, a on nie spojrzał na nią, tylko długo patrzył na trzymany w ręce płatek, zanim włożył go do ust.

 

Dzień był bardzo słoneczny i jasny, wszystkie wczorajsze chmury odpłynęły i słońce rozświetlało dom. Na zewnątrz – przez wielkie okna salonu – widać było lśniącą zatokę, na której lekko kołysały się więcierze do połowu homarów. Kuter wyruszył już na połów, a drzewa nad zatoką tworzyły piękną linię. Postanowili, że razem pojadą do Reid State Park popatrzeć na fale.

– Dzieci nigdy nie widziały oceanu – powiedział Christopher. – Prawdziwego oceanu. Widziały tylko to byle co u wybrzeży Nowego Jorku. Chciałem, żeby zobaczyły, jak to jest w Maine. Wiem, że mamy to na wyciągnięcie ręki… – wskazał okno, za którym połyskiwała zatoka – …ale chciałbym, żeby zobaczyły więcej.

– No to jedźmy – odrzekła Olive.

– Potrzebujemy dwóch samochodów – zauważył Christopher.

– No to weźmiemy dwa samochody. – Olive wstała i zgarnęła niedojedzoną grzankę Theodore’a do kosza na śmieci.

Nigdy nie pozwalała Christopherowi w ten sposób marnować jedzenia, ale co ją to teraz obchodziło? Niech ten wredny dzieciak marnuje, ile zechce.

Na zewnątrz zaskoczyło Olive pytanie Christophera:

– Mamo, kiedy kupiłaś subaru?

Nie odezwał się miłym tonem, wyczuła to. Wstawiła auto do garażu dzień wcześniej i teraz stało na zewnątrz tylko dlatego, że pojechała nim do sklepu.

– Och – rzuciła lekko – musiałam kupić nowy samochód i pomyślałam, że jako samotna staruszka wezmę coś, co dobrze jeździ po śniegu.

Nie mogła uwierzyć, że to powiedziała. Bo to było kłamstwo. Oto skłamała własnemu synowi. Tak naprawdę samochód należał do Jacka. Gdy jej honda potrzebowała nowych klocków hamulcowych, Jack zaproponował: „Weź moje subaru, Olive. Jest nas dwoje i mamy trzy samochody, a to absurdalne, więc zabierz subaru, a mój sportowy wóz zatrzymamy, bo go kocham”.

– Nie wierzę, że kupiłaś subaru – znów odezwał się jej syn.

– Tak się złożyło. I skończmy ten temat – ucięła Olive.

Była zdumiona tym, ile czasu zajęło zorganizowanie podróży. Christopher i Ann musieli udać się na obrzeże podjazdu i tam odbyli rozmowę, a Olive wyjęła ciemne okulary i je założyła.

– Theodore, jedziesz z mamą – oznajmił Christopher, w końcu podchodząc – a twój fotelik, Henry, wkładamy do samochodu babci.

Olive czekała, drżąc z zimna, choć była w płaszczu i świeciło słońce, podczas gdy Christopher zgarnął fotelik i umieścił go w jej samochodzie. Usłyszała, jak klnie, że pas bezpieczeństwa nie działa.

– To używane auto, Chris – zauważyła.

Wreszcie wystawił głowę na zewnątrz i powiedział:

– No, już wszyscy na miejscach.

– Ty prowadzisz – oznajmiła, więc usiadł za kierownicą.

 

Ann siedziała na skale z widokiem na ocean, choć ta skała pewnie bardzo ziębiła – wiał tam wicher i choć nie pokrywała jej wilgoć, z pewnością była zimna – podczas gdy Christopher biegał po plaży z dzieciakami. Olive przyglądała się im z obrzeży parkingu, ciasno otulona płaszczem. Po kilku minutach podeszła do Ann, która spojrzała na nią, trzymając w ramionach uśpione niemowlę.

– Witaj, Olive – powiedziała.

Olive nie miała pojęcia, co teraz zrobić. Kamienie były duże, ale nie potrafiła zmusić się, by usiąść. Więc stała.

– Jak się miewa twoja matka, Ann? – odezwała się w końcu.

Ann coś odpowiedziała, lecz jej słowa zagłuszył wiatr.

– Co? – zapytała Olive.

– Powiedziałam, że nie żyje! – krzyknęła Ann, odwracając głowę w stronę Olive.

– Umarła? – Olive również krzyknęła. – A kiedy?

– Dwa miesiące temu! – odkrzyknęła z wiatrem Ann, wciąż zwrócona twarzą ku Olive.

Przez kilka chwil Olive po prostu stała. Zupełnie nie wiedziała, co ma robić. Nagle jednak postanowiła, że spróbuje usiąść obok Ann, więc pochyliła się, oparła ostrożnie ręce o kamień i w końcu zdołała się usadowić.

– A zatem umarła tuż przed tym, jak urodziłaś Natalie? – zapytała.

Ann kiwnęła głową.

– Co za koszmar – podsumowała Olive.

– Dziękuję – rzuciła Ann.

A Olive uświadomiła sobie, że ta dziewczyna, ta wysoka obca dziewczyna, która była kobietą w średnim wieku, przeżywa żałobę.

– Czy zmarła nagle? – zapytała Olive.

Ann zmrużyła oczy i popatrzyła na wodę.

– Chyba tak. Ale wiesz, w ogóle nie dbała o siebie. Więc nikogo nie powinno zaskoczyć, że dostała ataku serca. – Ann odczekała chwilę, zanim zwróciła twarz w stronę Olive. – Tylko że ja byłam zaskoczona. Nadal jestem.

Olive kiwnęła głową.

– No jasne, to oczywiste. – Po chwili dodała: – Myślę, że takie zdarzenie zawsze jest zaskoczeniem. Nawet jeśli marnieją miesiącami, w końcu i tak odchodzą. Coś okropnego.

– Pamiętasz tę piosenkę, chyba spirituals, „Czasami czuję się jak osierocone dziecko”?

– „Z dala od domu” – dokończyła Olive.

– No właśnie, to ta – powiedziała Ann. – Ale ja zawsze tak się czułam. Teraz też się tak czuję.

Olive przez chwilę zastanawiała się nad tym.

– No cóż, ogromnie mi przykro – rzekła w końcu. – A gdzie ona mieszkała przed śmiercią?

– Na obrzeżach Cincinnati, gdzie mieszkała zawsze. Tam, gdzie się wychowałam, jak wiesz.

Olive skinęła głową. Kątem oka obserwowała tę dziewczynę – kobietę – i pomyślała: kim ty jesteś, Ann? Wiedziała, że gdzieś tam mieszka jej brat, ale co się z nim działo? Nie pamiętała, przypominała sobie tylko, że nie utrzymują kontaktu. Czy on zażywał narkotyki? To możliwe. Ich matka piła, Olive wiedziała o tym. A ojciec rozwiódł się z matką lata temu i dawno już nie żył.

– Ogromnie mi przykro – powtórzyła.

– Dzięki.

Ann wstała, niezwykle sprawnie, zważywszy, że trzymała niemowlę, a potem odeszła. Po prostu odeszła! Dźwignięcie się z miejsca zajęło Olive kilka długich chwil, musiała podeprzeć się ramieniem i nieco przesunąć, żeby stanąć na nogach.

– Och, na litość boską – szepnęła.

Dyszała ciężko, zanim jeszcze dotarła do samochodu.

 

– Chris, dlaczego mi nie powiedziałeś, że matka Ann umarła? – zapytała Olive, gdy wracali.

Mruknął coś i wzruszył ramionami.

– Ale dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?

Za oknem rysowały się ciemne gałęzie wciąż bezlistnych drzew, sterczące na tle nieba. Minęli pole – grząskie i zbrylone, co uwidaczniało się w promieniach słońca.

– Och, jej matka była stuknięta. Jakkolwiek to nazwać.

Na tylnym siedzeniu Henry śpiewał: „Gogi, gogi. Pociąg, samolot! Tata, mama!”. Olive odwróciła się do niego, a on się uśmiechnął.

– Po prostu wyśpiewuje wszystkie słowa, które zna – wyjaśnił Christopher. – Lubi to robić.

– Ale ja nie rozumiem… – Olive pomachała do Małego Henry’ego. – Naprawdę, Christopherze. Ona jest moją synową i chciałabym wiedzieć, co się dzieje w jej życiu.

Christopher zerknął na nią szybko, a potem znowu na drogę; prowadził, trzymając kierownicę jedną ręką.

– Naprawdę nie wiedziałem, że cię to obchodzi. – Spojrzał na nią ponownie. – Co? – zapytał.

– Dlaczego…? – zaczęła Olive.

– Przed chwilą ci powiedziałem dlaczego.

Olive kiwnęła głową. Pytanie, którego nie zadała, miało brzmieć: „Dlaczego ożeniłeś się z tą kobietą?”.

 

Jakoś przeżyli kolejną noc i jeszcze jeden dzień, a potem nadeszła noc ostatnia. Olive czuła się wyczerpana. Przez cały ten czas dzieci – z wyjątkiem Małego Henry’ego – nie odzywały się do niej. Ale gapiły się na nią z coraz większą śmiałością, jak uznała, ponieważ ilekroć spojrzała na nie, one patrzyły na nią i zamiast spuścić oczy, jak to było na początku, gapiły się nadal, Theodore swoimi wielkimi niebieskimi oczami, Annabelle małymi i ciemnymi. Niewiarygodne dzieciaki.

Wreszcie położyły się spać w gabinecie i Olive usiadła z Christopherem, Ann i maleństwem, podczas gdy Mały Henry – cóż za dobry chłopczyk! – usnął na piętrze. Olive przywykła już do widoku obnażonej piersi, nadal jej się nie podobał, ale zaczęła się przyzwyczajać. I żal jej było Ann, która wydawała się przygaszona w swoim smutku. Dlatego zagadała do niej, poruszając błahe tematy, a Ann również starała się, jak mogła.

– Annabelle chciała mieć te gumowe kalosze, bo wybieraliśmy się do Maine – oznajmiła. – Czy to nie urocze?

Olive, nie wiedząc, co odpowiedzieć, kiwnęła tylko głową. Ann poszła wreszcie z dzieckiem na górę, a Olive została sam na sam z Christopherem i wtedy uświadomiła sobie, że nadeszła decydująca chwila.

– Christopherze… – Zmusiła się, by spojrzeć na niego, choć on wpatrywał się w swoje stopy. – Wychodzę za mąż.

Wydawało się, że minęły wieki, zanim popatrzył na nią i odparł z półuśmiechem:

– Chwila, moment. Co powiedziałaś?

– Że wychodzę za mąż. Za Jacka Kennisona.

Zobaczyła, że kolor odpływa mu z twarzy – jego twarz niewątpliwie pobladła. Rozejrzał się po pokoju, a potem popatrzył na nią.

– Kim, do kurwy nędzy, jest Jack Kennison?

– Jakiś czas temu stracił żonę. Wspominałam ci o nim przez telefon, Chris. – Poczuła się tak, jakby twarz jej zapłonęła, jakby cała krew syna przelała się w jej żyły.

Spojrzał na nią z tak szczerym zdumieniem, że pewnie natychmiast by to odwołała, gdyby mogła.

– Wychodzisz za mąż? – Jego głos brzmiał teraz cicho. Jeszcze ciszej dodał: – Mamo. Wychodzisz za mąż?

– Tak, Chris – przyznała.

Kręcił powoli głową, drobnymi ruchami, po prostu kręcił i kręcił.

– Nie rozumiem. Nie łapię tego, mamo. Dlaczego wychodzisz za mąż?

– Ponieważ jesteśmy dwojgiem samotnych starych ludzi i chcemy być razem.

– No to bądźcie sobie razem! Ale po co brać ślub? Mamo?

– Chris, a co to za różnica?

Pochylił się i wycedził niemal złowieszczym tonem:

– Jeśli to żadna różnica, dlaczego to robisz?

– Chodziło mi o ciebie. Jaka to różnica dla ciebie?

Ale o zgrozo, Olive poczuła teraz dręczącą wątpliwość. Dlaczego wychodzi za mąż za Jacka? Co to naprawdę oznacza?

– Mamo, zaprosiłaś nas tylko po to, żeby nas o tym zawiadomić, prawda? – zapytał. – To nie do wiary.

– Zaprosiłam was, bo chciałam się z wami spotkać. Nie widziałam cię od pogrzebu ojca.

Christopher patrzył na nią surowo.

– Zaprosiłaś nas do siebie, żeby powiedzieć, że wychodzisz za mąż. Niewiarykurwagodne. – Po chwili dodał: – Nigdy wcześniej nas nie zapraszałaś.

– Nie muszę cię zapraszać, Chris. Jesteś moim synem. To twój dom.

Krew ponownie napłynęła mu do twarzy.

– To nie jest mój dom – oświadczył, rozglądając się po pokoju. – O Boże. – Wolno pokręcił głową. – O mój Boże. – Wstał. – Dlatego wygląda tu zupełnie inaczej. Wyprowadzasz się. Przeniesiesz się do niego? No oczywiście. A ten dom sprzedasz? O mój Boże, mamo. – Spojrzał na nią. – Kiedy ślub?

– Wkrótce.

– Czy będzie przyjęcie weselne?

– Nie będzie – odparła. – Weźmiemy ślub w ratuszu.

Podszedł do schodów.

– Dobranoc – powiedział.

– Chris!

Odwrócił się.

Olive wstała.

– Twoje słownictwo jest godne ubolewania. Na pogrzebie ojca mówiłeś, że ten człowiek nigdy nie przeklinał.

Christopher szeroko otworzył oczy.

– Mamo, dobijasz mnie.

– No cóż, Jack przyjdzie tu rano, żeby was poznać, zanim wyjedziecie. – Nagle ogarnęła ją wściekłość. – Dobranoc – rzuciła.

 

[fragment książki „OLIVE POWRACA” Elizabeth Strout, przekład: Ewa Horodyska]