fbpx

Przepremierowe fragmenty “Brudnych serc” Anny K. Kłys

Już 29 stycznia premiera pierwszej w tym roku książki naszego wydawnictwa! “Brudne serca” poznańskiej reporterki Anny K. Kłys to próba rozliczenia z komunistyczną przeszłością Polski oraz z zafałszowaną pamięcią o tamtych czasach. Publikujemy przedpremierowe fragmenty tej książki, polecanej przez dziennikarza Bogdana Rymanowskiego:

 

Akurat ci dwaj – Stanisław i Jan – mieszkali w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Poznania. Przez ostanie sześć lat był tu Wartheland, czyli Kraj Warty, a teraz z początkiem czterdziestego piątego dotarł front i rozpędzona Armia Czerwona. Tej zimy każdy próbował ogarnąć nową rzeczywistość. Poukładać z zupełnie niepasujących kawałków sensowną całość.

Zaraz po wyzwoleniu okolic Wolsztyna, piątego lutego 1945 roku, Stanisław wstąpił do oddziałów Milicji Obywatelskiej. To samo zrobił Jan Młynarek i tysiące innych chłopaków. Tych, którzy zdążyli w czasie wojny wciągnąć się w konspirację, i tych, którzy wtedy byli zbyt młodzi, żeby być w czymkolwiek, ale teraz bardzo chcieli mieć karabin czy bodaj pistolet, chodzić środkiem drogi i dbać o porządek. Poza tym nie było pracy, nie było pieniędzy, a ogłoszenia brzmiały obiecująco:

              “Przyjęcia do służby w MO.

              Komenda Miasta Milicji Obywatelskiej podaje do wiadomości, że wszyscy pragnący pełnić służbę w MO mogą się zgłaszać w sprawie przyjęć codziennie, między 8, a 12-tą i między 14-tą, a 17 w gmachu Komendy Miasta. Kandydaci powinni przynieść ze sobą jedno podanie własnoręczne o przyjęcie do służby […], 2 życiorysy własnoręczne […] zaświadczenie moralności wystawione przez Miejską lub Gminną Radę Narodową, zaświadczenie z posterunku MO oraz 4 fotografie […] Wszyscy przyjęci otrzymują automatycznie całkowite umundurowanie, mieszkanie i całkowite wyżywienie, oraz pobory miesięczne według posiadanych stopni wojskowych. Zgłaszający się przyjmowani są w stopniach wojskowych, które uzyskali w służbie w wojsku lub tajnych organizacjach dla walki z okupantem. Przyjmuje się kandydatów w wieku od 20 do 45 lat. „Dziennik Powszechny” Radom – Kielce nr 122, 15 września 1945 r”.

Chociaż w manifeście PKWN jest zdanie: „Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego nakazuje natychmiastowe rozwiązanie tzw. granatowej policji. Rady Narodowe tworzą niezwłocznie podlegającą im Milicję Obywatelską, której zadaniem będzie utrzymanie porządku i bezpieczeństwa”, to milicjantami, nie tylko w byłym Kraju Warty, zostawali ludzie niemający pojęcia, o co walczy Polska Partia Robotnicza i kim są ludzie wchodzący w skład Rządu Tymczasowego.

 Te pierwsze oddziały milicyjne później nazywane będą czasami „samozwańczymi”; pod względem „świadomości politycznej” nie miały wiele, często wręcz nic, wspólnego z organami lubelskiej władzy. Było obiecane umundurowanie, broń, jedzenie i to przyciągało ludzi. Nawet jeśli w praktyce czasami kończyło się na biało-czerwonej opasce z literami MO na ramię.

Kiedy Stachu podpisywał milicyjne zobowiązanie, myślał o tym, że będzie miał pracę, wypłatę, że teraz już może założyć rodzinę. Czytał tekst kilka razy, nikt nie wyrzekał na Kościół, nie było też ani słowa o komunizmie, socjalizmie, Związku Sowieckim czy choćby jednym małym Stalinie:

     “Ja…, (tu miejsce na nazwisko), współpracownik Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Lesznie zobowiązuję się służyć wiernie sprawie wolnej, demokratycznej i niepodległej P o l s k i, zdecydowanie  zwalczać wszystkich wrogów demokracji […] W razie rozgłaszania wiadomych mi tajemnic służbowych będę ukarany według prawa, o czem zostałem z góry uprzedzony” i podpis”.

Stanisław: proste blond włosy zaczesane do tyłu, pociągła twarz, usta pełne, oczy szare. Wychowany w rodzinie wielodzietnej (rodzeństwa było ośmioro), w której każdy przyzwyczajony był do pracy. Ojciec miał młyn, matka chorowała (żyła w swoim świecie), starsze siostry mieszkały w Poznaniu. Nikt nie podpisał volkslisty, chociaż Niemcy ojca ciągle straszyli, że będzie żałował.

Ale nie podpisał.

Stanisław zakochał się. Przystojniak z Miastka wpadł po uszy. Starsza od niego, piękna brunetka o hiszpańskich oczach i temperamencie. Był jeszcze młody, ale nie chciał czekać. Gdy tylko weszli Rosjanie, młodzi dali na zapowiedzi.

Do ślubu jechali czarną, lakierowaną powózką całą przybraną bukiecikami różowych kwiatów. Woźnica trzaskał z bata, jechali wąską drogą z Miastka do Brenna. Wiosna, zielone pola, co chwila wyskakuje w niebo skowronek. Na szczęście jest jeszcze za wcześnie na komary, kiedy mijają kolejne jeziora, widać startujące i lądujące w godowym podnieceniu kaczki. Welon upięty na czarnych włosach, gałązka mirtu łaskocze Stacha w policzek, zawsze kiedy Irena przytula głowę do jego ramienia.

W starym kościele w Brennie przysiągł, że nie opuści jej aż do śmierci.

 

Nie są daleko od siebie. Pakosław, gdzie służył Młynarek, leży jakieś 80 kilometrów w linii prostej od Miastka, rodzinnej wsi Stacha.

Okolice Rawicza, stamtąd pochodził Jan, zostały wyzwolone 22 stycznia 1945 roku, wstąpił do MO właściwie natychmiast, bo podanie o przyjęcie do służby w ramach Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego pisze 15 marca, już jako funkcjonariusz milicji.

Ma dużo ładniejszy charakter pisma od Stacha:

„Niniejszym proszę ob. komendanta o przyjęcie mnie w szeregi PUBP. Życiorys własny, który dołączam niech świadczy o mym przedsięwzięciu”.

Argumenty z życiorysu, które miały być przekonywające dla obywatela komendanta: „jako syn biedaka”, są chyba słuszne ideowo. „Oswobodzenia doczekałem z rąk dzielnej Armii Czerwonej. Od czasu wyzwolenia pracowałem jako milicjant w Pakosławiu. Marzeniem moim było i jest służyć w szeregach Bezpieczeństwa Publicznego”.

Ten argument nie zostawia wątpliwości. Jan M. ma dwadzieścia cztery lata i jasno sprecyzowane plany na życie. Licząc dokładnie, Jan zaczął marzyć o swojej karierze zawodowej pod koniec stycznia, a w połowie marca marzenie zaczęło się urzeczywistniać.

Podpisuje identyczne zobowiązanie jak to milicyjne Stacha, jedyna różnica, to nazwa: Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Rawiczu, reszta taka sama.

Zaczynają więc zdecydowanie zwalczać wrogów demokracji, nie mając zielonego pojęcia, że stoją po przeciwnych stronach barykady.

 

Tydzień po Stachowym wstąpieniu do milicji, na niedzielnym bankiecie wieńczącym spotkanie Roosevelta, Churchilla i Stalina na Krymie podano barszcz ruski i kapuśniak. Stalin zamówił pieczonego kurczaka z frytkami, toasty wznosili wódką, pili gruzińskie czerwone wino i szampanskoje, a wszystkiemu przypatrywał się łabądek stojący na środku stołu.

Nie o koniec wojny z Niemcami chodziło, ale o nowy kształt Europy. Taka na przykład Polska – zupełnie zmieni swoje granice. A jeśli gdzieś między tymi frytkami a gruzińskim winem pojawiła się w powietrzu wizja milionów ludzi – wysiedlonych ze swoich domów, zostawiających ziemię, tradycję, całe życie i jeżdżących w towarowych wagonach ze wschodu na zachód i zachodu na wschód – to nie zrobiła żadnego wrażenia, nie tylko na łabądku.

Jasną sprawą było jak najszybsze zakończenie wojny, rozprawienie się z Trzecią Rzeszą. Reszta była nieco mglista i nie do końca zrozumiała. W styczniu 1945 roku Instytut George’a Gallupa przeprowadził w Wielkiej Brytanii ankietę: „Co robić z Niemcami”:

1. Czy Hitler, Himmler i inni przywódcy hitlerowscy powinni być ukarani? 97% Tak, 2% Nie, 1% Nie wiem;

2. Czy Niemcy powinny być zmuszone do naprawienia szkód wojennych 88% Tak, 6% Nie, 6% Nie wiem;

3. Czy jesteś za, czy przeciw oddaniu Prus Wschodnich i innych wschodnich części Niemiec Polsce? 53% Tak, 35% Nie, 22% Nie wiem.

Rosjanie przygotowali kawior, wędzonego jesiotra i prosięta, ale Anglicy po sześciu wojennych latach z jedzeniem na kartki zapobiegliwie przywieźli ze sobą proszek jajeczny, z którego robiona była poranna jajecznica. I jednego można być pewnym, że siedząc nad jajecznicą i kawiorem, nie rozważali wybrania się w okolice Wolsztyna, żeby „ojczyznę wolną wrócić” komukolwiek.

 

Tamtego lutego, w roku 1945, na śniadanie, obiad i kolację mógł Stach jeść polewkę – zupę zrobioną z łyżki mąki rozbełtanej z wodą, mlekiem i odrobiną soli. Do tego kawałek chleba. To samo danie mogła podawać Janowi matka w tę samą niedzielę.

 

Przez kilka miesięcy są więc w podobnej sytuacji. Jeden i drugi – na państwowej służbie, jeden i drugi z planami na przyszłość. Latem czterdziestego piątego skończą się wszelkie podobieństwa. Piątego dnia sierpnia Stachu spotka w Brennie, w czasie patrolu, oficera radzieckiego.

 

Rosjanie, wracający jako zwycięzcy do „matuszki Rossii” robili, co mogli, żeby odwlec w czasie spotkanie z ojczystą ziemią. Pierwsza fala czerwonoarmiejców, zimowa (ta: „na Berlin!!!”), była tylko preludium do tego, co sojusznicza armia miała w repertuarze. Po kapitulacji Niemiec, łupy wojenne wleczone w workach na plecach, na ramach rowerów, na ciężarówkach i w całych składach pociągów – posuwały się powoli na wschód.

 

Co można ukraść? Ale czy ukraść?! Zabrać jak swoje – Niemcowi, wrogowi, najeźdźcy okrutnemu! Więc co? Wszystko. Mosiężne kurki (jeden Rusek miał cały worek kranów, mówił, że wmontuje je w swojej chałupie w ściany, będzie leciała ciepła woda), zegarki, pierścionki, świecące ozdoby z kościołów (i wota, i ramy obrazów, i błyszczące gałki z proporców i chorągwi), garnki, swetry, buty, skórzane paski, uprząż dla konia, płaszcz zimowy, prawie nowe grabie, fotel z powyginanymi nogami, kryształowe lustro, młockarnię na prąd, kawałek silnika, a czy to było germańskie, czy polskie, to już było wszystko jedno. Się brało i gówno komu do tego. Dla żołnierzy Armii Czerwonej Niemcy zaczynały się właściwie zaraz za Bugiem.

 

I nawet niechby brali, byle już poszli sobie, chociaż jak szarpali ostatniego konia, to człowiek stawał się odważniejszy i szedł do starszyny, i prosił, albo jak wyrywny był, to sam leciał do żołnierza i krzyczał – konia zostawcie! Konia nie dam!

Nikt nie znał rosyjskiego, mówiło się do nich głośno, wyraźnie, czasami można było jakieś słowo zrozumieć. Najszybciej to czasy, spiryt i job twoju mać.

Ale oprócz tego, że kradli, to jeszcze pili, wrzeszczeli, pijani do bicia się brali. I to naleganie na dziewczyny, te gwałty… Niemki nie miały nic do gadania. Ile popełniło samobójstwo? Dziewczynek, dorosłych kobiet, upodlonych, zamęczonych, zarażonych wszelkimi chorobami wenerycznymi, w pierwszych tygodniach ciąży.

A ile naszych? Skrytki porobione – za słomą, za kominem, za szafą, w piwnicy, oddychać tak cicho, żeby ani szmeru. Nie ma już nic więcej, co można ukraść – poczucie bezpieczeństwa i godności, to ostatnie. Gwałt – sponiewieranie, splugawienie, podpisanie spermą. Tu nie ma litości; nie płacz, nie wrzask, nie wycie. To wszystko się nie sprawdza. Nawet jak się zemdleje, to wiotkie ciało nie jest bezpieczne.

 

Stachu chodzi z karabinem po wsi, ma mieć wszystko na oku. Sierpień to miesiąc najcięższych prac w polu, ale on już nie jest chłopem, jest milicjantem. O bolszewikach wie tyle, ile było napisane w „Orędowniku” przed wojną. Że w Rosji zabierali ludziom ziemię i robili kołchozy, że byli bezbożnikami, że mieli wspólne kobiety i żarli cebulę. A teraz są tu, koło Wolsztyna, i są bratnią armią.

Weź się połap w tym wszystkim, kto jest kto i o co chodzi? Jest się milicjantem, ma się służyć wiernie, chronić i bronić. Nikt nie nasmaruje kredą na plecach, który jest nasz, a który to wróg. Jeszcze wydaje się, że to, co dobre, to dobre, a to, co złe, to złe.

 

Więc: zły Niemiec leży napuchnięty od śmierci pod murem swojego majątku trzeci dzień, nikt nie chce go pochować, a dobry Rusek z czerwonymi oczami szarpie, przewraca i wali na odlew we wrzeszczącą głowę dziewczyny.

I nie ma podpowiedzi – co robić. Jest prosta reakcja. „Stój, ręce do góry! Stój, bo będę strzelać!”.

Ruski zrywa się, zatacza, rzuca na porucznika z Urzędu Bezpieczeństwa, który jako pierwszy próbował ratować dziewczynę, i dusi go gołymi łapami. Jest zamieszanie, wrzaski. Jeszcze raz – „stój, bo strzelam” i bach, karabin jakby sam. Ruski pada, robi się cicho.

 

Wraca letni wieczór, słychać szczebiot jaskółek wysoko na niebie. Ludzie udają, że nic się tu nie działo. Że przed i po skleiło się bez żadnej przerwy. Że każdy szedł spiesznie do swojego zajęcia, waląc piętami w piasek, po krowy na pastwisko, na pole do siana, do sąsiadki pogadać.

Stanisław nie ma poczucia, że stało się coś gorszego niż tylko zabicie człowieka. To samo jest złe. Ale broniąc ładu i porządku, dziewczyny i tego z Urzędu Bezpieczeństwa, nie miał wyboru. Więc drżącymi rękoma zabezpiecza karabin, podchodzi do Ruska, nie boi się, jest jeszcze władzą, przecież strzelał, bo bronił – nie zabijał.

Muchy, ciężkie czarne muchy, są pierwsze. Siadają na coraz większej czerwonej kałuży i pocierają w zachwycie skrzydełkami. W szklistych oczach Ruska odbija się pierzasta chmura na niebieskim niebie i malutki Stachu Cichoszewski z anteną lufy karabinu na plecach.

 

Najpierw nic się nie dzieje, i nawet długo to trwa. Tak, że wydaje się, że to już wszystko. Że teraz to tylko sprawa między Stachem a księdzem proboszczem na spowiedzi.

Żona Stacha – Irena czeka na dziecko. Boi się trochę, panikuje, jak to dziewczyna przed pierwszym porodem.

Aż przychodzi dzień 29 sierpnia i aresztowanie.

Stacha wiozą do Leszna, nie ma jak dać znać rodzinie, co się z nim dzieje. Przyznaje się do wszystkiego, opowiada dokładnie, co zaszło. Ósmego września zostaje skazany na trzy lata – za zabójstwo żołnierza sowieckiego.

Jak się tłumaczył? Jakich używał argumentów? Akt sprawy nie ma, została tylko sygnatura.

 

W późniejszych zeznaniach będzie mówił: „zastrzeliłem kapitana radzieckiego, który usiłował zabić czy rozbroić funkcjonariusza PUBP i przy tym narobił całą masę innych świństw”.

 

Cały czas myślał o domu, o tym, czy wiedzą, gdzie jest, co się z nim dzieje, czy Irena wie, że dostał trzy lata?! Jak się czuje, czy nie zrobi czegoś głupiego, myśląc – że może on, Stach – już nie wróci?

Po wyroku Wojskowego Sądu Okręgowego w Lesznie – ma być przewieziony do aresztu do Poznania.

 

Wolna Polska, martwy Rusek i on – w pociągu do więzienia.

 

Niewiele brakowało, żeby Stach zamiast w pociągu był teraz na polu, szedł za końmi, orał długą, równą skibę i wdychał zapach ziemi. Gdzieś w kwietniu okazało się, że funkcjonariuszy MO jest zbyt wielu, nie tylko brakuje mundurów, ale i broni, a chodzić z kijem byłoby równie głupio co niebezpiecznie, więc pozwalniali ludzi. W tym jego, Stacha. Ale żona w ciąży, o pracę trudno – więc namawiał komendanta, żeby go jednak przyjął z powrotem, udało się i od czerwca znów nosił na ramieniu biało-czerwoną opaskę z literami MO i karabin.

Z bronią wtedy w ogóle było dziwnie. Można było znaleźć w lesie porzucone przez Niemców karabiny, pistolety, albo przehandlować od Ruskich Mosina.

 

Milicjanci dostawali broń zarekwirowaną „bandom”, „bandy” w czasie napadów na posterunki i funkcjonariuszy zdobywały te same pistolety.

 

A więc nie został ogrodnikiem (przyuczał się do tego zawodu sześć lat u majstra, w majątku Wroniawy), nie orał i nie siał w gospodarstwie teścia, tylko oddalał się pociągiem od domu – przedwojennym wagonem trzeciej klasy, takim, w którym do każdego przedziału wchodziło się prosto z peronu osobnym wejściem. – Obstawa – dwóch ubeków z Poznania, aresztanci – Stanisław i jeszcze jeden chłopak z Leszna. Oprócz nich w przedziale był ponadto kapral WP i dwóch cywilów.

 

Jechało się spokojnie, kapral wypytywał, co i jak. Dziwił się bardzo Stachowi, że dał się złapać. Powiedział, że on sam miał podobną przygodę z Ruskim, ale nic mu nie zrobili. I że gdyby to on był na miejscu Stacha, to zwiałby, przyczaił się i przeczekał, aż Ruskie wrócą do siebie i w Polsce będzie normalnie.

 

Czy naprawdę we wrześniu 1945 roku można było przypuszczać, że to, co się wyrabia, ma znamiona trwałości? Że tak już zostanie na dziesiątki lat? Ludzie święcie wierzyli w to, że zaraz coś się wydarzy. Albo wybuchnie wojna między Niemcami a Amerykanami, albo Anglicy i Amerykanie wejdą i odbiorą Ruskim Polskę, albo Niemcy wrócą i zabiorą wszystkim wszystko…