fbpx

Wywiad z Katarzyną Nosowską w magazynie “Zwierciadło”

Myślenie o sobie nie jest niczym złym. Pod warunkiem że takie samo prawo do dbania o siebie przyznajesz wszystkim, którzy cię otaczają. – Katarzyna Nosowska

Minione trzy lata były kluczowe. To czas, kiedy padały po kolei ostatnie przyczółki niemocy. Nie widzę już w sobie ofiary. Widzę przede wszystkim siłaczkę – mówi z dumą Katarzyna Nosowska.

 

Zaskoczyłaś mnie tą książką. Jest bardziej osobista i bardziej serio, niż się spodziewałam. Tak ją sobie zaplanowałaś czy wyszła taka w trakcie pisania?
Mam wrażenie, że „Powrót z Bambuko” to klamra. Coś, co musiało się zdarzyć po tym, jak w ubiegłym roku postanowiłam zrobić „Zmalowane wrota”.

Czyli 12 spektakli, z którymi wystąpiłaś. Pomysł na „Zmalowane wrota” był tak nietypowy, że nie wiadomo było nawet, jak go zapowiedzieć. Ktoś użył terminu „stand-up”, chyba nie do końca trafionego. Co to twoim zdaniem było? Monodram, spowiedź?
Ja sama nie umiałam tego projektu nazwać i właściwie go nie nazywałam. Postanowiłam też go jakoś intensywnie nie reklamować. Żadnego agitowania, żadnego „koniecznie”. Uznałam, że ci, którzy będą chcieli przyjść, przyjdą. Nie miałam scenariusza. Rozpisałam tylko te scenki rodzinne, które odgrywaliśmy z moim synem i z kolegą z zespołu Buniem. Reszta to był mój freestyle. Wiedziałam tylko, o czym chcę mówić.

Zaczynało się od tego, że na ekranach widać moje zdjęcie z przedszkola: rajstopki, spódniczka krótka z gumką w pasie, bluzeczka z kołnierzykiem. Plus czapka z bibuły. Wychodziłam dokładnie w takim samym stroju jak ten ze zdjęcia w tle. Pani krawcowa uszyła mi taki sam. Wyobrażasz mnie w tym sobie? Dawniej to byłoby nie do pomyślenia, na scenie nie pokazałabym kawałka odkrytej nogi, o całej reszcie nie wspominając. Ludzie się śmiali. Stałam tam i wiedziałam, że patrzą i śmieją się ze mnie.

Coś, czego, jak sama przyznajesz, zawsze bałaś się najbardziej…
A potem zaczynałam mówić i zaczynało się dziać coś niezwykłego. To był dziwny pomysł i na żywo wydarzały się dziwne, odjazdowe rzeczy. Doświadczyłam zupełnie innego rodzaju relacji z publicznością, nigdy nie dostałam od ludzi aż tylu wiadomości. Chłopak pisał, że przyszedł z matką, bo myśleli, że to koncert. I ten chłopak pierwszy raz w życiu widział, żeby jego mama tak się wzruszyła, a po wszystkim pierwszy raz zaczęli rozmawiać w sposób, w jaki nie zdarzało im się rozmawiać. Swoim krótkowzrocznym spojrzeniem ogarniałam, że ludzie płaczą. Mój mąż, który normalnie się raczej nie rozkleja, przyznał się, że musiał wycierać oczy koszulką, bo nie miał chusteczki. Wychodziłam tak 12 razy. Więcej nie byłabym w stanie. Po tym, jak skończyliśmy, spałam dwa tygodnie non stop.

U mnie wiele rzeczy wydarza się parami. Wzajemnie się uzupełniają. Tak było z poprzednią książką i płytą „Basta”, tak jest teraz ze „Zmalowanymi wrotami” i „…Bambuko”. Przy okazji tych spektakli emocjonalną poprzeczkę postawiłam sobie wysoko, to było swego rodzaju zaproszenie, żeby wejść głębiej. Wiedziałam, że jeśli ma powstać coś jeszcze, to – zanim zamknę temat i będę chciała rozmawiać już o czymś zupełnie innym i zupełnie inaczej – ta książka ma być właśnie taka.

Muszę zapytać o rozdział „Pierwsza komunia”. Ta historia jest jak strzał między oczy, choć zaczyna się niewinnie: „Druga klasa podstawówki. Mam osiem lat. Jest połowa października. Mama jest u ojca, którego statek ślizga się po powierzchni oceanów”.
Tę moją historię opowiadałam wcześniej wielokrotnie, na wesoło, prześmiesznie. Koledzy prosili: „Kaśka, a weź opowiedz o pierwszej komunii!”. Ale kiedy pisałam ten rozdział, chwilami miałam, przysięgam, wrażenie, że się uduszę. Wróciłam do tego wspomnienia w najdrobniejszych szczegółach. Przyszły do mnie obrazy, zapachy.

Ty, czyli dziewczynka, którą wysyłają, żeby zapisała się na religię, ale okazuje się, że aby mogła się zapisać, musi z nią przyjść ktoś dorosły. A że nie ma kto, dziecko miesiącami udaje, że chodzi na religię. Dwa razy w tygodniu wychodzi i włóczy się po ulicach. Aż do pierwszej spowiedzi, dzień przed komunią, kiedy w domu są już zaproszeni krewni, prosiak ubity, wędliny gotowe, sukienka kupiona. Każdy, kto to czyta, domyśla się, że kiedy za chwilę oszustwo wyjdzie na jaw, kara będzie proporcjonalna do liczby świadków tej ogromnej rodzinnej kompromitacji. Opisanie tego miało ci przynieść ulgę?
Chyba bardziej miało posłużyć za przykład. To jest moja opowieść, ale może komuś czytającemu przyjdzie do głowy jakieś wspomnienie z jego dzieciństwa, kiedy czuł się tak bardzo samotny, tak bardzo nie miał się na czym oprzeć. Może to mu pozwoli jakiś fragment samego siebie odnaleźć i zaopiekować się tą małą cząstką własnej przeszłości.

Przeczytaj wywiad Zofii Fabianowskiej Micyk z Katarzyną Nosowską w magazynie Zwierciadło.