fbpx

Wywiad z Pawłem Szwedem – redaktorem naczelnym Wielkiej Litery

Są tacy wydawcy, który jeżdżą na wyspy…

Też kiedyś pojedziemy. Ale poważnie – pierwszy rok naszej działalności, czyli rok 2012, udał nam się bardzo dobrze. Mówiąc najkrócej – wykonaliśmy plan. Nasze przychody były na poziomie 3,5 mln zł, a zysk na poziomie 0,6 mln zł. Jeśli takie proporcje miałyby się utrzymać, to żyć nie umierać. To spojrzenie od środka. Ale głosy na temat Wielkiej Litery, które słyszę z zewnątrz, tę dobrą ocenę potwierdzają.

W tym czasie, w ciągu jednego roku, zbudowaliśmy od zera wydawnictwo zauważalne, a nawet – zaryzykuję takie stwierdzenie – liczące się. Bo jeśli jest się wydawcą Jerzego Pilcha i Eustachego Rylskiego z jednej, a zarazem Janusza L. Wiśniewskiego czy bestsellerowego cyklu powieści Sylvii Day z drugiej strony, nie można być wydawcą niszowym.

Na listy bestsellerów wprowadziliśmy powieść Jana Jakuba Kolskiego „Egzamin z oddychania”, jednocześnie wydaliśmy „Dwie kobiety” – niepublikowany wcześniej po polsku tom opowiadań noblistki Doris Lessing…

Uderza przede wszystkim różnorodność tej oferty…

O to mi idzie w tym zajęciu, w prowadzeniu domu wydawniczego – żeby zachować równowagę. Publikować tytuły, nazwijmy to, popularne, ale po to, by stać nas było na jednoczesne publikowanie rzeczy wartościowych, które w przeciwieństwie do tamtych pierwszych, pozostaną i są po prostu ważne dla kultury. Zresztą nie bagatelizowałbym czytadeł – wierzę, że lepiej dla szarych komórek statystycznego Polaka/Polki, kiedy traci czas na romansidło niż miałby w tym czasie oglądać „Mam talent na lodzie” czy inne „tap madel”.

Czyli po roku widzisz same plusy?

Aż tak sielankowo nie jest. Tak jak cała reszta rynku mamy dwa podstawowe wyzwania – po pierwsze terminy płatności. Są skandalicznie długie, książki wchodzą na rynek, czytelnicy je kupują, płacą, a pieniądze nie wracają do wydawcy. Druga sprawa, zresztą związana z pierwszą, to delikatnie mówiąc, rażące nadużycie ze strony państwa – firmy są zobowiązane płacić podatki nie od pieniędzy, które naprawdę wpływają na konto, ale od faktur. Jeśli termin płatności faktury określony jest na pół roku, to podatek płacisz teraz, a pieniędzy, od których państwo pobrało podatek, jeszcze na oczy nie widziałeś i długo nie zobaczysz.

O tym wszyscy dobrze wiemy…

Ale to trzeba powtarzać tak długo aż przepisy zostaną zmienione. Wszyscy o tym od lat wiedzą i żadna instytucja państwa w to nie ingeruje. Nie sądzę, żeby wydawcy sami mogli skutecznie wywrzeć presję w tej sprawie. Tu jest potrzebny zewnętrzny regulator.

No ale pierwszy rok Wielkiej Litery pokazuje, że jednak znaleźliście na tę sytuację sposób…

To prawda, sprawnie współpracujemy z wiodącymi hurtowniami i z Empikiem. Mówię jednak o dwóch prostych kwestiach, których zmiana ułatwiłaby życie wydawcom. Nie tylko im zresztą.

W innych branżach bywa, że terminy płatności są wspaniałe dla dostawców, ale są tam inne problemy, z którymi na szczęście nie spotykamy się w handlu książkami…

Oczywiście. Koszula bliższa ciału, więc mówię o książkach. Moim zdaniem, zasadniczym problemem nie jest to, że Polacy nie kupują książek, że mamy za niskie czytelnictwo, za wysokie marże hurtowników, w wyniku czego połowę ceny książki zabierają pośrednicy. To wszystko są sprawy, o których można gadać, można je negocjować i można się nimi przejmować. Ale fakt, że dajesz towar, a ktoś za niego nie płaci – to jest całkowicie poza dyskusją.

Mówi się coraz częściej o zgłaszaniu nierzetelnych partnerów do rejestru dłużników i o wynikających z tego dla nich konsekwencjach…

To jest niedobra ostateczność.

Kiedy Wielka Litera zaczęła działać?

Pierwsza nasza książka – „Na fejsie z moim synem” Janusza L. Wiśniewskiego – wyszła w lutym 2012 roku. Sprzedaliśmy jej ok. 40 tys. egz.

I osiągnęliście takie wyniki, o jakich już mówiłeś…

Co ciekawe, wyniki pierwszego roku są niemal identyczne z planem, jaki sobie wyznaczyliśmy. Wygląda na to, że nasz plan był zgodny ze zdrowym rozsądkiem.

Jeśli podsumowujemy pierwszy rok, nie mogę nie wspomnieć o nominacjach do nagród dla naszych autorów, między innymi: „Dziennik” Jerzego Pilcha nominowany jest do Nike i Gdyni, „Disko” Ani Dziewit-Meller w finale nagrody „Gryfia” (przyznawanej pisarkom), a „Facet na telefon” naszego ukrywającego się pod pseudonimem autora z Australii (Polaka!) dostał od internautów tytuł najlepszej książki jesieni 2012.

A jak wygląda ten rok?

Mamy na razie wyniki za pierwszy kwartał. Nasz przychód wyniósł około miliona zł. Mamy też prognozę do końca tego roku, która przewiduje że i przychód i zysk będzie wyższy niż rok temu.

Oczywiście na tym etapie właściciele Wielkiej Litery, czyli Tomek Dąbrowski i ja, nie uczestniczymy w zyskach. To są pieniądze, które przeznaczamy w całości na rozwój wydawnictwa.

Jak to, żadnych pieniędzy nie dostajecie?

Wszystkie pieniądze, jakie spływają do wydawnictwa, są wydawane na utrzymanie i rozwój Wielkiej Litery. Teoretycznie moglibyśmy oczywiście dzielić się zyskami. Tyle, że po roku działalności to by było dość krótkowzroczne. Gotówka jest w ciągłym ruchu, bo założyliśmy wydanie kilkudziesięciu książek w pierwszym roku. I ten poziom – około czterdziestu tytułów rocznie – chcemy utrzymać. A żeby to utrzymać, trzeba inwestować w kolejne tytuły, w ich produkcję i promocję.

Na pewno starasz się, aby wasze koszty były optymalne…

Jasne. I powiem ci z całkowitym przekonaniem, że koszty nie są dla wydawnictwa są problemem. Nie koszt druku i nie koszt promocji. I nawet nie małe czytelnictwo w Polsce! Zrobienie wydawnictwa, które ma fajne i atrakcyjne tytuły, z jednej strony lekkie i dobrze sprzedające się, które zarabiają, a z drugiej te trochę gorzej sprzedające się, ale bardziej ambitne – to raczej nie jest problem.

Takie podejście do zorganizowania wydawnictwa na pewno nie jest możliwe dla kogoś, kto dopiero zaczyna, lecz wynika z twojego wieloletniego doświadczenia i twoich prób zrobienia czegoś sensownego…

Ryzykownie zażartuję, że nasza nazwa nas zobowiązuje. Póki co, jesteśmy taką raczej średnią literą, ale zobaczmy się i porozmawiajmy za dwa-trzy lata… Zobaczymy jak będzie się to rozwijać, ale mam nadzieję, że nie będę wtedy opowiadał o malutkiej literce.

Jeśli byłeś łaskaw wspominać moje doświadczenie, czyli ostatnie mniej więcej 20 lat, to rzeczywiście, bez tego bym nie zaryzykował. Bez tego, to jest przede wszystkim bez znajomości mechanizmów rynku, bez kontaktów i bliskich relacji z autorami, bez poczucia, że mamy świadomość, jakich książek potrzebuje czytelnik, bez wiedzy o tym jak książkę promować, jaka okładka jej przystoi. Rzecz jasna, nie zaryzykowałbym bez ludzi, którym ufam, a taki mam zespół – świetny, doświadczony, oddany i przekonany o sensie tej pracy.

W końcu, nie zaryzykowałbym założenia wydawnictwa w tych nie najłatwiejszych czasach bez przekonania, albo raczej odruchu, który wyniosłem z Bertelsmanna, a mianowicie – mimo całego duchowego zaangażowania w tę pracę – każdej książce musi towarzyszyć kalkulacja: ile za nią zapłacimy i ile nam za nią zapłacą.

Czyli masz satysfakcję, ale nie masz z tego pieniędzy!

Ile jest z tego pieniędzy, powiedziałem otwarcie wcześniej. I wszystkie te pieniądze inwestujemy w firmę. Póki co, pacyficzne wyspy pozostają na Pacyfiku, ale wydawnictwo pięknie się rozwinęło. Tyle, że to nie ja powinienem takie oceny wystawiać.

Spytam cię teraz o sprawę, o jakiej było ostatnio głośno – o połączenie Wielkiej Litery z innym wydawnictwem…

Do którego nie dojdzie. Powiem otwarcie, że propozycja, jaką dostałem od nowego właściciela Świata Książki, była bardzo miła dla mnie osobiście, ale też, wydaje mi się, sensowna biznesowo. Zaproponowano mi powrót do wydawnictwa, w którym przecież tyle lat pracowałem, i zrobienie go od nowa, raz jeszcze. Bo po działalności Weltbildu zostały kłopoty.

Co się stało?

Przez kilkanaście miesięcy udało im się doprowadzić do tego, że jedno z największych, najlepiej prosperujących wydawnictw w Polsce praktycznie zawiesiło działalność. Dla mnie to prawdziwy rekord świata. Ale teraz nowy właściciel postanowił odbudować tę oficynę.

Co trafiło w jego ręce z dawnego Świata Książki? Co kupił?

To pytanie do niego. O ile się orientuję, prawa autorskie i znak handlowy. Pracowników trzeba było zatrudnić na nowo.

Jaki jest plan dla Świata Książki?

Tego nie wiem, bo ostatecznie nie zdecydowałem się na zajęcie się tą firmą. Mogę tylko powiedzieć, że jeszcze w dobrych czasach, kiedy Świat Książki należał do Bertelsmanna, stworzyłem i razem ze świetnym zespołem ludzi realizowałem plan przekształcenia klubu wysyłkowego w duże, poważne wydawnictwo. Do pewnego momentu klub był głównym motorem i kołem zamachowym całej firmy, ale w ostatnich latach, i jest to zjawisko ogólnoświatowe, liczba członków klubu zaczęła maleć, a koszty utrzymania tej „maszyny” były bardzo wysokie. Klub stał się swego rodzaju garbem. Oczywiście dostarczał pieniędzy, ale nie równoważył obciążenia, jakie stwarzał. Chodziło więc o to, żeby – przy zachowaniu odchudzonego klubu – zacząć normalną działalność wydawniczą. Zdaje się, że to nam całkiem nieźle wychodziło – wystarczy popatrzeć na ówczesne listy bestsellerów, czy na dużą grupę czołowych polskich autorów, z którą związaliśmy się długoterminowymi umowami.

Potem Weltbild kupił Świat Książki…

Ludzie przyzwyczajeni do katalogu Świata Książki, do jego księgarni, byli zszokowani. Nagle, z miesiąca na miesiąc, w miejscach, gdzie od lat kupowali książki znaleźli krasnale ogrodowe, dzbanuszki i firanki. Pamiętam, jak zadzwonił do mnie jeden z najbardziej znanych i czytanych polskich pisarzy. „Jestem w Łodzi. Stoję przed witryną waszej księgarni na Piotrkowskiej. Co się wam stało??!”. Nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. „Stary! Macie szczotki na wystawie!”. Zrozumiałem, że muszę się stamtąd zbierać.

Czyli ten klub przestał praktycznie istnieć. A teraz twój dawny plan zrobienia normalnego wydawnictwa ze Świata Książki chciałeś zrealizować z nowym właścicielem?

Tak. Ale po miesiącach rozmów postanowiłem zostać tam, gdzie do tej pory, czyli w Wielkiej Literze. Powtórzę wyraźnie, bo w tej kwestii zabawne i nawzajem wykluczające się plotki do mnie docierają – Wielka Litera będzie działać samodzielnie, bez zmian własnościowych.

W którym momencie się wycofałeś?

W okolicy Warszawskich Targów Książki. Kiedy (za sprawą i dzięki uprzejmości naszego, jak się okazało, niedoszłego wspólnika) wystawiliśmy na stoisku Wielkiej Litery całą dotychczasową produkcję, uświadomiliśmy sobie, czy raczej najnormalniej w świecie zobaczyliśmy na własne oczy, co osiągnęliśmy.

Jak bardzo pozory mogą mylić! Wiele osób na targach przechodząc koło stoiska Wielkiej Litery, było przekonanych, że kwestia połączenia tego wydawnictwa ze Światem Książki jest już przesądzona…

A ja wtedy właśnie doszedłem ostatecznie do wniosku, że wolę moją własną, małą, ale fajnie rozwijającą się firmę niż dużą, ale nie moją.

I co teraz będzie ze Światem Książki?

Nowym redaktorem naczelny została Daria Kielan. To jest osoba, o której i w sensie prywatnym, i zawodowym mogę mówić tylko i wyłącznie dobre rzeczy. Daria ma bardzo długi staż w Świecie Książki, zaczynała pracę z pierwszą ekipą, jeszcze za czasów prezesa Andrzeja Kostarczyka, który Świat Książki zakładał. Zna tę firmę doskonale. Jest też świetnym wydawcą i w moim przekonaniu jest gwarancją utrzymania poziomu oferty. Świat Książki, po okresie „smuty”, dostaje właśnie drugą szansę.

Rozmawiał: Piotr Dobrołęcki

Wywiad ukazał się w dwutygodniku “Biblioteka Analiz” nr 13/357.